O propagandzie i rozumie człowieka prostego.

- Wszystko to jakieś bzdury straszne. - odrzekł Alfred, garbarz mieszkający i pracujący w Waldenhof, kiedy to jadł śniadanie wraz ze swoją mądrą żoną, Brünhildą. Kobieta popiła skromną owsiankę szklanką cienkiego piwa własnej roboty, po czym pokręciła głową niczym matka, która próbuje coś dziecku własnemu wytłumaczyć.
- Kochanie, po co się tym przyjmujesz? Nie do nas to należy, barona wybierać. Ten jaśniepan z Stirlandu to zrobi.
- No tylko że szlag mnie trafia, przez tych wszystkich herbowych. - burknął pod nosem, ściszając ton głosu i patrząc nieufnie w stronę okna. Widocznie mężczyzna chciał się upewnić, czy nikt nie podsłuchuje. Słowa niezadowolenia, które płynęły z jego ust mogły go przecież kosztować głowę. - Tankred to dobry mąż, lata przy Waldenach służył. Ufam mu. Tak samo jak dobremu Rosswartowi, którego tak paskudnie ubili, skurwysyny i czciciele demonów. Tylko, że co on może? Ni armii nie ma, ni poparcia kościoła. Zielona Pani jest jednak z nim. Tylko że co z tymi starowiercami? Wojna wiar niby ucichła, a jednak jak dla mnie, to trwa, tylko cichaczem.
- Kogo byś ty chciał, Alfred? - zapytała nieco kpiącym tonem żona, krawcowa i gospodyni, która stanowczo miała więcej rozumu niż jej nieco sfrustrowany mężczyzna.
- Nie wiem już. Fennwart to morederca. Swoją reputację na palach i sznurach buduje, na bracie, co Beatrix ubił, a Sigmaryci mu wtórują. Morryci chyba jednak z ambony ni słowa nie krzyknęli.
- Chwała im za to, że się nasz miłościwy Kruk Ojciec do polityki nie miesza, Kochanie.
- No chwała, chwała. - uczynił gest święty, po czym prawić zaczął dalej - Tak jak Fennwart trzyma za mordy miasto i południowy wschód, tak Gedra ma w garści północy zachód. Słyszałem, że południe też, bo Schwarzhaffowie i Trautzeni to jej przyjaciele. Ponoć te całe zaręczyny jeszcze. Z Waldenem. Tylko, że teraz każdy sobie krzyczy, że synem Waldena jest.
- O ścięcie się proszą.
- Prawda - zgodził się Alfred z żoną - No i na koniec właśnie ten bękart. Bez Gerdy to on chyba licho może. Tylko, że na razie to co? Nikt go nie widział, na zamku się nie zjawił. Czy będzie na Pani Stiru polegał? Niektórzy będą się śmiać, że pantofel.
- Tylko wiesz co? Mi się wydaje, że te wszystkie odezwy i krzyki, to taka trochę nadzieja dla nas. - kobieta się uśmiechnęła - Bo nagle chyba oni chcą, byśmy kogoś poparli. To trochę pochlebiające. Czyżby miało nam się żyć dzięki temu lepiej? - pokiwała po raz ostatni głową, po czym zagoniła mężczyznę do sprzątania po śniadaniu. Dodała tylko od siebie, po cichu - Nie sądzę, nie sądzię...

Tak o to patrzą niektórzy, inni zaś wierzą to Tankredowi, to Kristoffowi, Gerdzie czy też w któregoś z tajemniczych bękartów. Decyzja jednak nie do ludu będzie należała. Chyba, że szlachta po raz wtóry zapomni o swoich poddanych, ustając, że to plebs ciemny...

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA, o ile nie zaznaczono inaczej.